Stary Pfeifer bardziej
Stary Pfeifer bardziej był znany piekarzom, aniżeli Patrikiejew wśród pisarzy, ale tego ostatniego znało szersze grono, podczas gdy Preifer był popularny tylko wśród ludzi swego zawodu. Było to zupełnie naturalne, gdyż nazwisko Pfeifera nie figurowało na jego wyrobach, natomiast nazwisko Patrikiejewa widniało na książkach, które, być może, ustępowały jakością wyrobom solidnego piekarza. Patrikiejew i jego skromny przyjaciel doktor stanowili nierozłączną parę; jeśli jeden z nich chciał rozkoszować się przypływem morza lub oglądać krzew róży zasypany śniegiem, to natychmiast szedł za nim drugi. Nikt nie znał źródeł tej przyjaźni. Uczucie zazdrości podpowiadało członkom kółka jedyne wytłumaczenie: wielcy ludzie często przywiązują się do przyjaciół z okresu dzieciństwa — byłych kolegów, sąsiadów ze szkolnej ławy, którzy są dzisiaj rachmistrzami na prowincji lub felczerami, i nie dostrzegają przepaści dzielącej ich od znakomitych rówieśników. Wiadomo było, że mieszkają oni w różnych miastach: Bojczenko — w Leningradzie, Patrikiejew — w Moskwie, ale urlopy spędzają zawsze razem. Świadczyło to o ich pełnej oddania przyjaźni, która cechuje młodzież, a którą tak rzadko spotyka się wśród ludzi po trzydziestce. Zarówno Patrikiejew, jak i Bojczenko nie byli jednak rdzennymi mieszkańcami północy. Zdradzał ich ten nie dający się zatrzeć południowy akcent, który pozwala trafnie rozpoznać byłego mieszkańca Odessy wśród tłumu leningradczyków czy moskwiczan. Sprawy kółka układały się wyśmienicie, gdy pewnego razu jego zagorzali członkowie oburzyli się na doktora Bojczenkę, który oświadczył, że nie ma o czym pisać. Szczególnie wzięli to sobie do serca stary Pfeifer i Nieczestiwcewa, która poprzedniego dnia z wielkim powodzeniem odczytała modernistyczną nowelę, przepojoną intymną liryką. Żadne namowy nie podziałałyby jednak na nieśmiałego i upartego doktora, gdyby nie interwencja jego przyjaciela Patrikiejewa. — Nie wierzcie mu — oświadczył prezes kółka — on ma więcej tematów niż ktokolwiek z obecnych. Wołodia — zwrócił się do przyjaciela — dlaczego nie miałbyś napisać o zielonym furgonie? Po kilku dniach Włodzimierz Bojczenko zajął miejsce po prawej stronie kominka i zaczął czytać swoje opowiadanie. Latem 1920 roku ludność miasteczka Sewery-nówka w powiecie odeskim z niecierpliwością oczekiwała przybycia nowego naczelnika rejonowego urzędu śledczego. W owe lata Sewe-rynówka była rozhandlowaną i brudną dziurą domach z żółtego wapniaka i gliny, z placem targowym, na którym stały rzędy krytych straganów, z rozwalonymi zabudowaniami majątku hrabiego Potockiego, cerkwią, kirchą i synagogą. Miasteczko obfitowało w tak wielką ilość producentów bimbru i spekulantów, że siłą faktu urząd śledczy był najbardziej odwiedzaną popularną
Poprzedni - Lekarskim. Niektórzy kuracjuszeNastępny - Instytucją. Osoba nowego